już go nie było. Dochodziły tylko jakieś odgłosy - z garażu, w którym majstrował coś przy samochodzie, z ogrodu, gdzie w niewiadomym celu przeciągnął ciężką metalową drabinę z jednego końca w drugi, wreszcie z salonu - włączył tam telewizor, żeby obejrzeć wiadomości, a sam siadł na dywanie, pod swym własnym
radość po trafieniu w cel tak samo też ugina się ostrugany kawałek wiązu lub cisu. Karolina podlała kwiatki, wyjęła listy ze skrzynki, przy okazji przekartkowała kalendarz Maciejki, zobaczyła z ulgą, że jej dzień wypełniony jest spotkaniami, w łazience przejrzała baterię perfum, wybrała flakonik o tajemniczej nazwie Ispahan, psikęła się za uchem
kurzyły. Jedynie smutnego aniołka o mięsistej pupie postawiła sobie na toaletce przy łóżku. Dostała go od Maciejki. Wystrugał go, z drzewa oliwnego, Arab chrześcijanin. Maciejce sprezentował aniołka amerykański Żyd, menedżer w wytwórni jazzowych płyt kompaktowych w Nowym Jorku. Poznała go, gdy medytował na ławeczce naprzeciw grobu Chrystusa w Jerozolimie, a
mało słodkie. Mateusz jednak tego nie słyszał. Przeleciał przez pokój, pocałował córkę w policzek, Piotrusiowi zaproponował kieliszek koniaku, a gdy ten odmówił, rzucił pod jego adresem w stronę Karoliny: - Picuś glancuś. - Przebrał się nie wiadomo czemu w swoje japońskie kimono z ptakiem i kwiatami wiśni na plecach i
przez niego przeleciała i wsiąkła w ziemię głęboko. Lepiej leżeć w żółciutkim piasku niż przywalonym gliniastą ziemią”. Decyzja została podjęta. Karolina zamówiła u kamieniarza płyty z granitu w eleganckim kolorze grafitowym i wkrótce przy głównej alei, daleko od śmietnika, a blisko pompy z wodą, stanął rodzinny grobowiec. Cieszyła się, że
portretem pędzla pewnej jugosłowiańskiej malarki (malowała go z fotografii) i zaczął przeglądać porozrzucane wokół gazety. - Tato, zaraz przyjdą goście - zauważyła z przyganą Maciejka. Mateusz nieuważnie odpowiedział: - Tak, tak, już składam. - Tato! Nie reagował. Tylko ptak na jego kimonie poruszył skrzydłami. Potem przyjechał Kraków i zrobiło się
- Mam nadzieję, że nie chodzicie głodne? - zapytała nagle, porażona myślą, że jej wnuki mogą nie dojadać. Ewa, jej synowa, prowadziła kuchnię wegetariańską, co Karolina uważała za rozbój w biały dzień. Kiedy tylko mogła, mełła mięso i podawała dzieciom, mówiąc, że to soja. Aniele Stróżu, wiem, że to grzech